piątek, 1 kwietnia 2016

2.



2 PAŹDZIERNIKA 2016r.
*Destiny*

- Dlaczego grzebiesz w mojej szafie? - wymamrotałam zaspanym głosem, przekręcając się na drugi bok.
- Jestem w trakcie szukania dla ciebie ciuchów, bo idziemy do kościoła, a ty pewnie będziesz marudziła, że nie masz się w co ubrać - wyjaśniła, przekopując się przez sterty nieułożonych ubrań. - Wstawaj. Śniadanie zjesz, jeśli je sobie zrobisz.
- Zabawne - mruknęłam i przetarłam oczy.
Czemu wszyscy lubili wyrywać mnie ze snu, który był jedyną rzeczą, jaką ubóstwiałam?
- Jajcara ze mnie, co? - zironizowała.
Uśmiechnęła się krzywo, a potem rzuciła mi groźne spojrzenie.
 - Ty tak serio z tym śniadaniem? - zapytałam, próbując otrząsnąć się z resztek snu.
- Chyba mnie znasz - zaśmiała się.
Tkwiła z głową wepchniętą między ubrania.
- Chyba nie bardzo. - Uniosłam brwi prowokująco, a ona odwróciła sie z zdezorientowany wyrazem twarzy. - Nie spodziewałam się po tobie romansu z takim ciachem.
- Daj spokój - zaczerwieniła się. - Ciągle mi to wypominasz.
- No dobrze - westchnęłam.
Postanowiłam dać jej spokój.
- Wstawaj i ubierz się w to. - Wskazała na zestaw położony na krześle. - Zjesz śniadanie i idziemy na mszę.
- Która godzina? - Przeciągnęłam się i leniwie podniosłam z łóżka.
- Dziewiąta - oznajmiła ze spokojem.
- Tak wcześnie? - fuknęłam ze skwaszoną miną.
- Ruchy, ruchy - ponagliła.
- Jak możesz mnie tak torturować?
- Wybacz, ale już od poniedziałku będziesz wstawała jeszcze wcześniej. Dzisiaj jedziemy na nowy uniwerek. - Wzruszyła ramionami i otworzyła drzwi na korytarz. - Za piętnaście minut widzę cię na dole.
Zostawiła mnie taką biedną, rozespaną i niezdolną do życia.
Ale cóż... Miała rację.
Musiałam się ogarnąć.

***

- Nie wierzę, że jest taka piękna pogoda - Cindy westchnęła z zachwytem.
- Piękna - przyznałam i spojrzałam w błękitne niebo. - Właśnie dlatego wracamy do domu na piechotę.
- Dobry wybór. - Przełożyła rękę przez mój łokieć. - Musimy zapamiętać te widoki, bo już wieczorem znikniemy stąd na długi, długi czas.
- Nie będziemy miały wakacji? - zmartwiłam się.
Na poważnie.
- Wszystkiego dowiemy się na miejscu.
Jak zwykle spokojna i rozważna. Co ja bym bez niej zrobiła?
Rodzice wrócili z kościoła samochodem, a my postanowiłyśmy skorzystać z pogody. Na szczęście mój dom nie był daleko. W czasie naszej poważnej rozmowy o wszystkim zadzwonił telefon Cindy.
- Słucham? - odebrała niepewnie, bo nie poznała numeru. - Cześć. - Na jej twarzy  pojawił się słodki rumieniec.
Już wiedziałam kto dzwonił. To musiał być ten jej kochaś. Jak mu tam było?
Liam?
- Nie, co ty. Nie przeszkadzasz. - Machnęła dłonią, a ja szturchnęłam ją w żebro za to, co powiedziała.
Przecież właśnie rozmawiałyśmy!
- Jestem na spacerze - poinformowała, posyłając mi ostrzegawcze, a zarazem błagalne spojrzenie.
- Dobra, wyluzuj - szepnęłam, wywracając oczami.
Wytężyłam słuch, żeby lepiej słyszeć ich rozmowę. Wiem, to było niekulturalne z mojej strony, ale hej, to była moja przyjaciółka. Musiałam być na bieżąco z informacjami.
- Jasne. Kiedy? - Uśmiechnęła się jakby zobaczyła stoisko z darmowymi butami.
Zawahała się, a ja razem z nią. Aż wstrzymałam oddech.
- W poniedziałek po szkole? - Zrzedła jej mina. - Nie mogę, wyjeżdżam.
Przecież nie mogła mu powiedzieć, że miała wyjechać do szkoły dla specjalnie uzdolnionych. Nie połapałby się, ze chodzi o istoty nadprzyrodzone. Oczywiście społeczeństwo nie mogło wiedzieć, że istniejemy. Znaczy było kilka upoważnionych osób, ale skrzętnie ukrywano ich nazwiska. Ukrywaliśmy się na tyle, na ile to było możliwe. Jeśli ktoś by się dowiedział...
Nie chciałabym wiedzieć, co zrobiłaby Rada Starszych.
- Przestań! - zachichotała speszona. - Mnie również. Do zobaczenia.
Przez chwilę słuchała uważnie swojego adoratora.
-Nie, to nie jest pożegnanie - odparła oburzona.
Coś jeszcze do niej mówił, bo przez chwilę trzymała telefon przy uchu, a później się rozłączyła.
- Chciał się spotkać? - zapytałam od razu, jak tylko schowała komórkę do kieszeni.
- Niestety tak - bąknęła zgaszona.
- Dlaczego "niestety"? - Zmarszczyłam czoło. - Przecież go lubisz. Widziałam te rumieńce i maślane oczka.
Szybko zakryła policzki i spojrzała na mnie spod byka.
- Jedziemy w poniedziałek do Mystic College - przypomniała. - Nie spotkam się z nim. Nie wiem kiedy będę mogła, bo nie wiem czy będą nas stamtąd wypuszczać na jakiekolwiek wolne.
- Coś na to poradzimy, a teraz chodź bo już czuje popisowe danie mamy.
Pociągnęłam ją za ramię przez furtkę i prawie pobiegłyśmy w stronę drzwi wejściowych.

***

Spocona i zmęczona jak nigdy sięgnęłam po komórkę. Miałam pół godziny do odjazdu.
Czy istniała magia? Tego nie wiedziałam.
Być może wraz z istnieniem takich istot jak ja i Cindy, istnieli również czarodzieje i czarownice... W szkole będę mogła się tego dowiedzieć. Już nie mogłam się doczekać.
Oczywiście, wiedziałam że będzie mi brakowało tutejszych znajomych i tych niesamowicie spędzonych chwil, ale tam wreszcie będę mogła poczuć się normalnie. Nikt poza rodziną i przyjaciółką nie wiedział o mojej niezwykłej naturze, ale to nie znaczyło, ze czasami nie czułam się źle.
Wybrałam numer Cindy i wcisnęłam zieloną słuchawkę.
- Słucham? -odebrała po pierwszym sygnale.
- Spakowana?
- No pewnie. Skończyłam jakieś pół godziny temu. A ty?
- Dopiero teraz. Nie miałam pojęcia jak to wszystko zapakować. Mam trzy wielkie walizki.
- Głupolu - zaśmiała się. - Odwiecznie masz ten sam problem. Wszędzie chciałabyś zabierać cały swój dom.
- Może i mam problem - burknęłam do słuchawki. - Nie moja wina, że tak łatwo się przywiązuję.
- Jeśli tylko będziesz czegoś potrzebowała, twoi rodzice coś ci podeślą. Mogą to zrobić w każdej chwili. Szkoła nie jest na innej planecie.
- No tak. - Zaśmiałam się nerwowo, zawstydzona własną głupotą. - Już tak się wkręciłam w wyprowadzkę, że przestałam dostrzegać najprostszych rzeczy.
- Już za pół godziny wyruszymy w drogę do miejsca, gdzie spędzimy najlepsze chwile w życiu - odparła z przekonaniem.
- Skąd ta pewność, że będzie tak super?
- Musi być! - pisnęła. - Też się tak niecierpliwisz?
- Bardziej się stresuję niż niecierpliwię - przyznałam. - Widzimy się przed szkołą?
- Jasne.
- Dobrze - odetchnęłam. - Nie chcę tam wchodzić sama.
- Zrobimy to razem. Do zobaczenia za kilka godzin - rzuciła wesoło.
- Do zobaczenia, Cindy.
Rozłączyłam się i stwierdziłam, że powinnam jeszcze raz wszystko sprawdzić. Odświeżyłam wygląd, upewniając się, że nie będę straszydłem w nowym miejscu, a potem upewniłam się, co do zabranych rzeczy.
Zwarta i gotowa czekałam na kierowcę.

***

*Niall*

Nienawidziłem pakowania, ale na szczęście już skończyłem. Wybiła trzecia po południu. Miałem jeszcze trzydzieści minut do odjazdu. Szkoła przysyłała swojego kierowcę, który miał bezpiecznie zawieźć mnie na miejsce. Cieszyłem się, ze przez chwilę będę mógł poczuć się jak jakaś szycha.
Wystukałem w komórce numer Liama.
- Siema - przywitał się radośnie.
- Gotowy?
- Od dziesięciu minut nie mogę usiedzieć na miejscu, a ty?
- Skończyłem to głupie pakowanie, a już myślałem, że mnie cholera weźmie.
- Biedny Niall - zaśmiał się. - Było aż tak źle?
- To nie jest zabawne - oburzyłem się. - Ja tu umierałem, a mama nie chciała mi pomóc.
- I miała rację. Jesteś dorosłym facetem i prędzej powinieneś znaleźć sobie jakąś laskę na stałe, a nie zawracać głowę matce - pouczył mnie.
Wyobraziłem sobie jego kpiącą minę.
- W nowej szkole będzie mnóstwo dziewczyn do wyboru. Kogoś wyrwiemy, zobaczysz. Wiesz, ten nasze zwierzęce feromony i tak dalej. Znajdzie się jakaś chętna suczka.
Nienawidził takiego określenia na dziewczyny-wilkołaki, ale ja uwielbiałem go drażnić.
- Ty wyrwiesz. - Kompletnie zignorował moją wypowiedź.
- Dlaczego? - Zmarszczyłem czoło, ale po chwili przypomniałem sobie, co miał na myśli. - No tak, ty masz tą swoją Cecil.
- Cindy - poprawił szybko.
Przewróciłem oczami.
- Właśnie o nią mi chodziło - mruknąłem. - Powiedziałeś jej, że wyjeżdżasz?
- Nie musiałem. Nic z tego nie będzie. Ona też się wyprowadza.
- Szkoda, stary. Jak się spotkamy, to pozwolę ci się wypłakać na moim ramieniu.
- Jesteś głupkiem - westchnął Liam.
- I tak mnie kochasz. - Cmoknąłem do słuchawki. - Widzimy się pod szkołą, tak?
- Dokładnie tak.
- Do później.
- Nara, frajerze - rzucił.
- Tylko się spotkamy, to ci nakopie - zagroziłem w żartach.
Chłopak zaniósł się śmiechem, którego nie mógł opanować przez dobre dwie minuty.
- Już się boję - wydusił w końcu.
- Spadaj, głupku.
- Już się rozpędziłem - zironizował, a ja zgadywałem że przewrócił oczami.
Zaśmiałem się i rozłączyłem.
Moglibyśmy tak w nieskończoność. Byliśmy najlepszymi kumplami. Czasami czułem się, jakby był moim rodzonym bratem.
W wyśmienitym humorze usadowiłem się na kanapie przed telewizorem i z niecierpliwością czekałem na szofera.

***

*Destiny*

W pewnym momencie byłam pewna, że zostanę uduszona przez własnych rodziców. Będą mogli w każdej chwili do mnie zadzwonić, ale oni musieli się wzruszyć, a potem wygłosić swoje przemówienie i wszelkie ostrzeżenia. Do tego zachowywali się, jakbym miała już nie wrócić.
Miałam już dwadzieścia lat, do cholerki!
Zerknęłam na wyświetlacz komórki, który wskazywał trzecią po południu. Wtedy wszyscy usłyszeliśmy klakson. Pod domem zatrzymał się czarny, lśniący samochód z przyciemnianymi tylnymi szybami. Tata zapakował moje walizki, które o dziwo zmieściły się do pozornie niewielkiego bagażnika i ostatni raz ucałował mnie w policzek. Zanim wsiadłam do środka pomachałam rodzicom, którzy nie ukrywali wzruszenia. Znowu...
W trakcie drogi usnęłam, wiec nawet nie wiedziałam ile jechaliśmy. Zorientowałam się dopiero, kiedy zerknęłam na zegarek w telefonie. Droga zajęła nam trzy godziny.
Czy my wyjechaliśmy na jakieś zadupie?
Kierowca wysadził mnie przed wejściem do ogromnego budynku, który zrobił na mnie równie ogromne wrażenie. Był piękny, wielki i staromodny. Praktycznie przypominał zamek. To była szkoła połączona z internatem. Byłam ciekawa, jak wyglądała w środku. Wokół roztaczały się kwitnące ogrody i duże, niesamowite drzewa. Już planowałam, pod którym zajmę sobie miejsce podczas przerw na świeżym powietrzu.
Kiedy zostałam sama z walizkami, zastanawiałam się mnie gdzie podziewała się Cindy.
Może się rozmyśliła i zostawiła mnie tu samą, albo jej kierowca ją porwał?
Wtedy moje oczy zobaczyły nadjeżdżające czarne auto, z którego po zatrzymaniu wyskoczyła moja przyjaciółka.
- Hej! - krzyknęłam i chciałam ją mocno uściskać, ale zatrzymała mnie ruchem ręki.
- Nie - warknęła. - Zostałam wystarczająco wyściskana przez rodziców. Mam dość.
- Ja tak samo. - Zrobiłam minę męczennicy, łącząc się z nią w bólu. - Ale jeśli byłabym Liamem, to byś się zgodziła.
- Nieprawda - zaprzeczyła stanowczo.
Nie przekonała mnie. Wcale, a wcale. Uniosłam jedną brew i przyjrzałam się jej z kpiącą miną.
- No dobra. Może trochę prawda - bąknęła. - Gotowa na przygodę? - Zmieniła temat.
- Jak nigdy przedtem. - Wzięłam głęboki wdech i zatrzymałam wzrok na bagażach. - Co z nimi zrobimy? Przecież ja się nie zabiorę.
- My się tym zajmiemy - odezwał się męski głos, na co obie odwróciłyśmy się przodem do wejścia budynku.
Na szczycie schodów stało czterech mężczyzn w czarnych garniturach i specjalnych słuchawkach w jednym uchu.
Ochroniarze?
- Dziękujemy - rzuciłam, kiedy przyjaciółka złapała mnie za łokieć i pociągnęła za sobą.
- Ruszajmy - zarządziła, wbiegła po schodach i pchnęła wielką, złoto-czarne drzwi.
- Boję się - mruknęłam do siebie.
Jednak wiedziałam, że usłyszała.
- Nie jesteś sama, kochana. - Poklepała mnie po ramieniu i razem ruszyłyśmy w głąb szkoły.
Musiałam się zamyślić, bo po jakimś czasie poczułam stukanie w plecy.
- Co? - zwróciłam się do właściciela tykającego mnie palca.
- Jesteśmy - dziewczyna oznajmiła i popatrzyła na drzwi z napisem "sekretariat".
Z racji, że była niedziela, czyli weekend, na korytarzach nie było nikogo. No może gdzieś błądziła jedna osoba albo dwie, ale nikt więcej. W środku powitała nas uśmiechnięta kobieta.
- Dzień dobry - odezwała się jako pierwsza, a ja zaczęłam się zastanawiać czy aby buzia jej nie rozbolała od tak szerokiego uśmiechu.
Może dostała skurczu i nie mogła przestać się uśmiechać?
- Dzień dobry - odparłyśmy jednocześnie.
Przejrzała jakieś kartki i spojrzała na nas.
- Destiny i Cindy?
- Tak, to my - przytaknęłam.
Kobieta znalazła potrzebne nam rzeczy i wychyliła się zza lady.
- To jest wasz plan zajęć. - Podała nam dwie małe kartki. -  Przez pierwszy rok chodzicie na te same wykłady. Od drugiego roku będziecie mogły same wybrać sobie zajęcia. Dzisiaj możecie spokojnie zwiedzić budynek i okolice.
- Gdzie zaniesiono nasze bagaże? - zapytała Cin.
- Już dawno są w pokoju, w którym będzie razem mieszkały. - Mrugnęła do nas. - A tu są do niego wasze karty. - Podała dwa plastikowe prostokąty. - Jest w części żeńskiej, czyli drugie piętro i ze schodów na prawo.
Odebrałyśmy od niej klucze. Swój obejrzałam z każdej strony. Niezła technologia.
- Dziękujemy i miłego dnia. - Uraczyłam ją ciepłym uśmiechem.
W nowym miejscu trzeba było się trochę podlizać, prawda?
Uradowane ruszyłyśmy we wskazane miejsce i od razu ułożyłyśmy plan zwiedzania.

***

*Niall*

W pewnym momencie pomyślałem, że spóźnię się i odjedzie mi auto, które przysłała szkoła, bo mojej mamie zachciało się sprawdzać czy wszystko zabrałem. Na szczęście udało mi się ją uspokoić i wyrwać zanim udusiła mnie z przypływu uczuć.
Po długiej podróży stanąłem przed wejściem do budynku i wytrzeszczyłem oczy. Byłem pod wrażeniem.
- Jak w więzieniu, co? - Usłyszałem za plecami.
Odwróciłem się na pięcie, napotykając sylwetkę przyjaciela.
- Liam, dupku. Przestraszyłeś mnie. - Szturchnąłem go w ramię. - Długo czekasz? Nie zauważyłem cię.
- Jakieś dwie minuty. - Wzruszył ramionami.
- Na szczęście mój szofer był punktualny. - Wypiąłem dumnie pierś.
Razem wybuchnęliśmy głośnym śmiechem. Ja nigdy nie umiałem być punktualny. Payne się do tego przyzwyczaił, dlatego zawsze przychodził na nasze spotkania trzydzieści minut po umówionym czasie.
- Zbierajmy dupy - zarządziłem i wspiąłem się na schody, a on za mną.
Dwóch mężczyzn w garniturach zabrało nasze torby. Nie mieliśmy dużo bagażów.
- Ty też czujesz to podekscytowanie? - wyszeptał Liam, idąc tuż obok.
- Tylko mi się tu nie podniecaj - zaśmiałem się, a on zmroził mnie spojrzeniem. - Tak, też sie denerwuję - przytaknąłem, poważniejąc.
- Ciekawe jak to teraz będzie?- zamyślił się.
- To się okaże - bąknąłem i naparłem na drzwi, wchodząc do sekretariatu.
Jak na kulturalnych i grzecznych chłopców przystało weszliśmy do pomieszczenia z pięknymi uśmiechami na ustach.
- Dzień dobry - wparowałem pierwszy.
Kobieta mogła spokojnie pochwalić się najszerszym uśmiechem na świecie. Może znalazłbym ją w Księdze Rekordów Guinessa?
- Niall i Liam? - zapytała, a my skinęliśmy głowami. - Jesteście w jednej grupie, chodzicie przez pierwszy rok na te same wykłady, a na drugim roku sami je sobie wybierzecie. Macie razem pokój, dostarczono tam wasze bagaże, a to są wasze karty. Dzisiaj możecie pozwiedzać teren. Męska częśc internatu jest na drugim piętrze i ze schodów na lewo. Życzę miłego dnia.
Niezła regułka. Westchnąłem i podążyłem za kumplem.
- Chodź Niall - bąknął.
- Do pokoju, kamracie. Kto pierwszy ten lepszy! - krzyknąłem i puściłem się biegiem.
Liam deptał mi po piętach. Gdyby był przygotowany, pewnie byśmy biegli łeb w łeb, ale go zaskoczyłem.
Już nie mogłem doczekać się pierwszego dnia nowej szkoły.

___________________________________________

Obiecuję, że niedługo akcja się rozkręci! xxx

1 komentarz: